W zeszłą niedzielę dokonałam niemożliwego... Zrobiłam coś co myślałam, wręcz byłam o tym przekonana nigdy nie nastąpi...
Pewnie większość z Was już tego doświadczyła. Niektóre wręcz mogą, to bardzo lubić...
Mi na samą myśl robiło się słabo...
A co zrobiłam?...
Po pół roku przemyśleń, tabletkach na uspokojenie... Wsiadłam i poleciałam samolotem...
Jednak żeby sprawdzić czy dam radę i w razie czego żeby nie było problemów z drogą powrotną wymyśliliśmy z Pieronkiem, że polecimy do Warszawy, a wrócimy pociągiem :).
Cała podróż była bardzo zróżnicowana:
1. Z domu pojechaliśmy naszym autem na dworzec PKP w Katowicach.
2. Z dworca autobusem na lotnisko w Pyrzowicach.
3. Z Pyrzowic samolotem do Warszawy.
4. Z lotniska w Warszawie autobusem do centrum.
5. Powrót do Katowic odbył się pociągiem.
6. Z Katowic do domu ponownie jechaliśmy naszym autem...
Jesteśmy na lotnisku i oswajam się z sytuacją... :)
Nasz samolot i wciąż mam w głowie, że jeszcze mogę zrezygnować...
Za chwilę lecimy... Na szczęście lot nie jest długi, bo ma trwać około 30 minut.
Jakie wrażenia...
Ogólnie myślałam, że będzie gorzej... Ale skupienie się na widokach i robieniu zdjęć, też myślę mi pomogło...
Samolot nie był za duży, leciało nas z 50 osób więc było trochę kameralnie ;).
Mój lot próbny był podyktowany majowym lotem do Anglii i choć moja ekscytacja po locie była duża, to z każdym dniem mam mniejszą ochotę na ponowny lot...
Pobyt w samej Warszawie był ekspresowy :).
Widok z 30 piętra w Pałacu Kultury.
A u Was jak wygląda latanie... Lubicie, nie lubicie?
Dziękuję za wszystkie komentarze, które u mnie zostawiacie :).
























































